Email: leafybea@gmail.com

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, Drodzy Czytelnicy, abyście spędzili ten czas w gronie Najbliższych, w ciepłej, rodzinnej atmosferze miłości i zrozumienia, aby był to dla Was czas odpoczynku i refleksji nad zdarzeniami mijającego roku, aby zawsze przepełniało Was najlepsze zdrowie i szczęście, a ciągły uśmiech był świadectwem radości spotykających Was każdego dnia.
Aby nadchodzący Nowy Rok 2012 okazał się dla Was pomyślny, aby udało Wam się osiągnąć założone cele i dotrzymać noworocznych postanowień, abyście mieli więcej czasu i funduszy na Wasze zainteresowania i aby sprawiały Wam jeszcze więcej radości i satysfakcji. Abyście z optymizmem patrzyli w przyszłość i korzystali z każdej szansy na spełnienie marzeń.
Życzy Wam
~Bea
![]() |
Postanowiłam zabrać się za recenzowanie mojej szybko rosnącej kolekcji nendoroidów. Kiedy dostaję w swoje łapki nową figurkę, a nawet i wcześniej, zaczynam sobie planować w jakich kompozycjach zrobię jej zdjęcia, jakie kolory będą mi do niej pasować i na jakie elementy będę chciała zwrócić szczególną uwagę, a potem.. robię zdjęcia. W przypadku nendosiów dziwnym, leniwym trafem zawsze kończyło się na etapie planów i kilku próbnych zdjęciach. Niby wszystko mi pasowało, ale jednak sesji nie robiłam. Teraz myślę, że zniechęcało mnie zmienianie elementów figurki, ustawianie rąk i akcesoriów, do różnych póz, bo nie dość że czasochłonne, to działało na mnie rozpraszająco. Teraz, korzystając z przypływu motywacji spowodowanego powstaniem tej strony mam wrażenie, że sesje nendosiów tym razem muszą mi się udać! Poniżej przedstawiam Wam pierwszy wynik tej mojej euforii i gorąco proszę o ocenę :) Zaczynam od Tooko Amano, która jest moim pierwszym nendoroidem i darzę ją szczególnym uczuciem. Zaczynając karierę kolekcjonerki w ogóle nie brałam pod uwagę zbierania nendoroidów. Owszem, uważałam że są słodkie, podobała mi się idea zmieniania twarzy i pozowania, ale jakoś żaden nie chwycił mnie za serce. Tooko spodobała mi się od pierwszego, niepomalowanego prototypu. Wiem, że zabrzmi to narcystycznie, ale przypominała mi mnie z okresu zafascynowania Czarodziejkami, kiedy to uparcie plotłam do szkoły dwa długie warkoczyki. W kolorze figurka już niewiele mnie przypominała. Nie miała brązowych włosów, ani piegów, (ale dalej była papuśna xD) sentyment za starymi, dobrymi czasami i tak przeważył :) Zamówienie złożyłam w AmiAmi, pierwszego dnia kiedy zaczęli je zbierać, czyli 13.05.2010 r. W trakcie oczekiwania na datę wydania tradycyjnie buszowałam po Necie w poszukiwaniu informacji o postaci Tooko. Pochodzi ona z light noweli „Bungaku Shoujo”, jest uczennicą liceum, przewodniczącą i zarazem jedynym członkiem Klubu Literackiego. Mogła to być zwykła, szkolna opowieść, ale na szczęście bohaterkę autorka Mizuki Nomura wyposażyła w nieograniczoną wyobraźnię, pasję rozwiązywania tajemnic rodem z opowiadań o Sherlocku Holmesie i jak się domyślacie, niepohamowanym apetytem na karty ciekawych książek. Naturalnie sama wiedza mi nie wystarczyła i ani się obejrzałam a byłam już po lekturze dostępnych rozdziałów mangi i seansie z OAVkami i filmem kinowym. Poza trzonem opowieści wszystkie te pozycje różnią się fabularnie, trudno mi wobec tego je porównywać, ale dla mnie stanowiły udaną rozrywkę i jak to w okruchach życia, chwilę refleksji. Jeśli jesteśmy już przy mediach to myślę, że warto wspomnieć jeszcze o artbookach z serii. Piękne, pastelowe ilustracje oddają ulotny, fantastyczny charakter marzeń Tooko, a na podstawie 2 z nich można pozować omawianego nendoroida. Odetchnęłam z ulgą, że po zapoznaniu się z pierwowzorem figurka dalej mi się podobała! Mniej więcej w okresie premiery filmu kinowego na targach figurowych w Japonii można było zakupić limitowane Garage Kitygłównej bohaterki, np. w jej sztandarowej pozie, przycupniętej na krzesełku z książką w łapkach (i ustach ;) Ubolewam, że do tej pory żaden GK nie doczekał się wersji dla szerokiego odbiorcy. Produkt GSC jest zatem jedyną gotową figurką tej postaci na rynku. Ze względu na ilość i wielkość akcesoriów Tooko ma nieco większe pudełko niż standardowe nendoroidy. Dodatki stanowią: -wymienne dłonie: para do trzymania książki, para standardowych pustych rąk i para dla podjadacza książek; - zgięte nóżki i spódniczka do usadowienia figurki na krzesełku; - naturalnie krzesełko; - para szkolnych bucików – niestety nie można ich zakładać na nóżki Tooko; - 3 książki na pożarcie, jedna otwarta, dwie zamknięte; - 2 dodatkowe buźki – pałaszująca i morskiego potwora; - otwarta puszka kiszonych śledzi wraz z nalepkami i grzywką z płetwami do odtworzenia pozy z zabawnej ilustracji. Wśród nalepek poza czaszką i nietoperzami do pozy z puszką, mamy też kawałeczki kartek z książki do przyklejania na buzi lub ręce, obrazujące apetyt bohaterki na pisane historie. Wszystkie naklejki są wielokrotnego użytku i faktycznie długo trzymają klej. Trzeba wręcz ostrożnie i delikatnie je przyklejać do figurki, najlepiej aby tylko musnęły plastik, żeby nie oderwać wraz z nimi czegoś jeszcze.. Figurka posiada przeźroczystą podstawkę jeszcze starego typu, czyli okrągłą, podtrzymującą nogi figurki, a nie z bolcem wbitym w plecy ;) Szczególną uwagę zwraca cieniowanie włosów, czy może raczej rozjaśnianie, mające nadać postaci melancholijnego charakteru. Same warkoczyki można przekręcać w kierunku prawo-lewo, gdyż ani one ani końcówki za kokardkami nie posiadają ruchomych stawów. Warkocze zostały tak pomyślane, że mimo to nie czułam ograniczenia w ich ustawianiu. Dodają figurce zwiewności na spółkę z lekko podwianą długą spódniczką. Przy instalowaniu figurki na krzesełku a także pozowaniu i wymianie drobnych akcesoriów musiałam wykazać się cierpliwością i dokładnością. Delikatne i małe elementy nie zawsze chciały współpracować i co chwila musiałam je poprawiać, a końcówki warkoczyków chyba widziały przyjemność w wyskakiwaniu ze swojego miejsca. Nie wykluczam, że mogę nie mieć do tego zdolności, ale wolę myśleć, że taka już jest natura figurek typu action ;) W każdym razie mimo, a może właśnie z powodu nerwów i wstrzymywania oddechu przy każdym ruszaniu figurki, miałam wiele satysfakcji z jej składania. Moją ulubioną kombinacją figurki jest siedząca z książką w łapkach i oparta na swoich warkoczykach ^^ Przycupnęła tak koło lapka , a ja błędnie myślałam, że jest tam bezpieczna. Pewnego nie-pięknego dnia, zadzwonił do mnie chłopak z informacją, że upadła mu figureczka ze stołu. Jak się później przyznał, dostała przypadkiem z łokcia, odbiła się od ściany (rysa argh!) i wylądowała na podłodze. W sumie nie odniosła wielkich obrażeń, ale rysy na grzywce jednak rzucały się w oczy. Użyłam więc kobiecych technik zrzędzenia, trochę pogrymasiłam i udało mi się wycyganić od niego drugą sztukę. Widać musiało mu to dać po kieszeni, bo już się nawet nie zbliża do mojego kąta z figurkami :D Tak oto weszłam w posiadanie drugiego egzemplarza tej samej figurki i na tym przykładzie doszłam do pewnych wniosków. Figurki różnią się między sobą jakością malowania. O ile do włosów i twarzy nie mam zastrzeżeń to już do detali na mundurku, kokardkach, guzikach, podkolanówkach, butach już tak. Część z nich jest dokładniej namalowana na jednej figurce, inna część lepiej wyszła na drugiej. Drążąc dalej ten temat wyczytałam na blogu Mikatan z GSC, że szczegóły na ich figurkach są malowane… ręcznie! Był to dla mnie szok i niedowierzanie. Jak to ręcznie? Myślałam, że całe malowanie figurek to robota maszyny! Od tego czasu inaczej patrzę na niedokładne malowanie figurek, jeśli nie jest ono naprawdę sknocone to przymykam na nie oko. Bo jak pomyślę, że te wszystkie mikrodetale nendoroidów ktoś pomalował ręcznie malusieńkim pędzelkiem, to nawet jeśli linia nie wyszła idealnie prosta, a guziczek nieco zmienił miejsce względem prototypu to i tak darzę szacunkiem autora tej specyficznej pracy. Pstrykając jej zdjęcia pozwoliłam sobie poeksperymentować z akcesoriami od innych nendoroidów. W galerii znajdziecie wariacje ze Stocking i moją ulubioną czarodziejkową kombinację, z Totori. Ilustrację z okładki pierwszego tomu mangi pobrałam ze strony wikipedii. Na zdjęciach z serii „Zemsta książek” występuje pozycja autorstwa Joanny Bator pt. „Japoński wachlarz. Powroty”, którą aktualnie się delektuję. |
|
Jestem świeżo po lekturze kolejnej książki o Japonii. Tym razem czytałam pracę pana Rafała Tomańskiego pt. „Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii” i naturalnie będę starała się Was zachęcić do sięgnięcia po tę pozycję. Postaram się niczego nie streszczać, żeby nie pozbawić Was czyhających na kartach książki niespodzianek.
Opis z okładki zawiera krótką notkę o samym autorze i trafnie przybliża zawartość książki. Składa się ona z siedmiu rozdziałów traktujących o poszczególnych zagadnieniach z życia ówczesnych Japończyków, ich zwyczajach i upodobaniach. Autor stara się je wytłumaczyć czytelnikowi na podstawie porównań do zachowań utartych w krajach zachodnich.. lub stosując porównania niecodzienne, zaskakująco abstrakcyjne, a jednak zdaje się trafne. Sposób prowadzenia akcji celuje w zainteresowanie czytelnika właśnie poprzez te zabawne anegdoty, co muszę podkreślić, gdyż nie raz śmiałam się po prostu na głos z przytaczanych celnych porównań, czy zabawnych wtrąceń z przygód autora. Pokaźny zbiór ciekawostek i historyjek z życia wziętych stanowi trzon książki, a taka forma jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę! Poza humorystycznym podejściem, jakim ujęła mnie ta książka, wspomnę o różnorodności poruszanych w niej tematów. Znajdziemy tu zagadnienia związane z edukacją, językiem, pracą, standardem życia, czasem wolnym, zakupami, gotowaniem, technologią itd. Trudno więc nie przyznać tej pozycji rozmachu.
Książka pana Tomańskiego jest próbą ukazania przekroju przez zwyczaje ówczesnego społeczeństwa japońskiego. Nie wiem, czy jest to próba udana, ale na mnie spełniła swoje edukacyjne zadanie i zaostrzyła jeszcze bardziej mój apetyt poznawczy (znalazłam kolejny reportaż do przeczytania!). Na koniec autor na poparcie własnych słów, odwołuje się do licznych źródeł swojej wiedzy, jaką stanowią książki pisarzy anglojęzycznych, czy polskich, strony japońskie oraz naturalnie własne doświadczenia z podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. Sama ta bibliografia zajmuje siedem stron książki! Język autora jest swobodny, lekki i przystępny. Z technicznej strony dorzucę, że książka wydrukowana jest na szarym papierze, okładka miękka, format 12x19cm. W środku, na kredowym papierze, znajdziemy 32 kolorowe zdjęcia autora z Japonii wraz z krótkimi opisami. Jest to w miarę nowa książka, wydana w lutym tego roku, więc na pewno jest jeszcze dostępna w księgarniach. Dla mnie jako osoby łaknącej każdej informacji o Kraju Wschodzącego Słońca była to błyskotliwa, kształcąca, przezabawna i, jakby to zapewne określił sam autor „fajniusia” przygoda z moimi ulubionymi bohaterami – Japończykami.
„Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii”,
Autor: Rafał Tomański,
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A., Warszawa 2011,
cena ok. 25zł
ilość stron: 280
ISBN 978-83-7495-938-4
Więcej informacji znajdziecie na profilu książki na stronie wydawnictwa
![]() |
Sądząc po wielkim zainteresowaniu jakim także polscy zbieracze obdarzyli tą figurkę Momohime przedstawiać nie trzeba, ale nie jestem w stanie pohamować swojego zachwytu, a na szczęście mam go już gdzie wylewać, więc zapraszam niezrażonych do przeczytania wyjątkowo pozytywnej opinii. Jako, że gry na konsole nie są moim konikiem chcąc poznać bliżej pierwowzór zaczerpnęłam nieco wiedzy z Wikipedii. Brzoskwiniowa ślicznotka okazała się być główną bohaterką gry na Wii typu action rpg pt. Muramasa: The Demon Blade. Postać jest introwertyczną księżniczką opętaną przez złego ducha Jinkuro, w wyniku czego zostaje zmuszona do opuszczenia swojego zamku. „Muramasę” wyprodukowało Vanillaware z oficjalną premierą w kwietniu 2009, a już od grudnia można było składać zamówienia na Momohime w skali 1/8 z pvc od Alter’a. Rzeźbę prototypu powierzono panu Fukumoto Noritaka, znanego z efektownej wersji Gwendolyn, również tego samego producenta. Jeszcze przed premierą w lipcu 2010 zainteresowanie figurką było ogromne i do dzisiaj utrzymuje się ona w pierwszej 10 najczęściej podglądanych i zajmuje 1 miejsce wśród najbardziej pożądanych figurek w statystykach TsukiBoard. O jej niezwykłej popularności świadczą również wyniki plebiscytów: Best Figure of The Year 2011 oraz z polskiego Figurkowa, gdzie fani wybrali Momohime statuetką roku 2010. Jako zadowolona posiadaczka jednego egzemplarza jak najbardziej podzielam te opinie. Tym samym pojawiła się wątpliwość co właściwie mam opisywać skoro Momohime jest taka idealna! Nie zauważyłam żadnej plamki, odprysku, czy rysy. Nic co miałoby mnie odwieść od takiego przekonania. Sami z resztą to wiecie, skoro większość z Was skusiła się na piękną Brzoskwinkę z kataną i jakoś nikt się nie skarżył. Dla tych, którzy z sobie znanych powodów nie postawili jeszcze Momohime na swoim biurku spróbuję przybliżyć jej walory :) Już samo pudełko zwraca uwagę. Przeźroczyste okienka wycięte w kształt wachlarza, kwiaty wiśni nadrukowane na eleganckim czarnym tle, to wszystko pięknie się komponuje i już jest zapowiedzią czegoś niezwykłego. W środku instrukcja obsługi. Nie wyrzucajcie jej! Ja musiałam się nią posiłkować przy zmienianiu układu rąk figurki. Problem miałam zwłaszcza z powiewającymi mankietami kimona i do dzisiaj nie widzę między nimi różnicy.. Przy składaniu Momohime trzeba wykazać się cierpliwością, gdyż wymienne części mają delikatne elementy, które mam wrażenie, łatwo złamać. Samo przytwierdzenie figurki do podstawki to już tylko wciśnięcie do niej bolca znajdującego się pod stopą statuetki. Podstawka sama w sobie stanowi już małe dzieło sztuki. Jest ciężka, dobrze trzyma figurkę, a wizualnie zachwyca! Szare, omszałe gdzieniegdzie kamienie i pluskająca po nich spieniona woda są do złudzenia realne. Nie sposób się nie zachwycić tą malutką dioramą :) Stąpająca po niej figurka również cechuje się dbałością o detale. Sprężystość jej pozy sprawia wrażenie, jakby miała za chwilę faktycznie wyciągnąć tę katanę i wykonać wyrok! Idealnie zaczesane włosy, tradycyjna spinka wpięta w czubek fryzury i ozdabiające ją misternie wyrzeźbione kwiaty, płatek po płatku. Albo japońskie sandały, których każdy splot jest wyraźny, tak samo jak materiał pończoch. Nie da rady! Będę dalej ją zachwalać! O uwagę zabiega także powiewająca kokarda z tyłu pasa obi z kwiecistym nadrukiem, samo misterne wiązanie obi, smukłe dłonie prosto od kosmetyczki, nadruk na kimonie, czy wreszcie twarz. Migdałowe oczy, na wpół otwarte malutkie usta, róż na policzkach, niesamowicie szczegółowe uszy. Na szczęście cała ta mnogość detali nie jest przesadzona i świetnie ze sobą współgra, skutecznie przeganiając wzrok obserwatora po całej figurce. Alter podkreślił także kobiecość bohaterki gibką pozą i oczywiście zgrabną pupcią, na widok której maślane oczy robią zapewne nie tylko amatorzy ecchi. Sama też nie raz się złapałam na podziwianiu „detali” pod kimonem, a co! Malowanie również nie zawodzi, cieniowanie tam gdzie trzeba i bez przesady. Urzeka głównie dopieszczenie elementów uzbrojenia, zwłaszcza faktura niby metalowych ochraniaczy na ramionach, bogato zdobiona rękojeść katany, czy pochwa na miecz z ornamentami na całej długości. Za to wszystko Alter zasłużył sobie na pochwałę. W mojej skromnej kolekcji mam jeszcze jedną statuetkę tej firmy, ale jestem pod większym wrażeniem wykonania Momohime, która jest zdecydowanie najlepszą jakościowo figurką w moim posiadaniu. Momohime można jeszcze kupić na aukcjach typu Ebay, bywa także w sklepie Mandarake w okolicach 9-10 000 yen. Niestety nie trafiłam na informację o ewentualnym drugim wydaniu, a szkoda, bo nie ma wątpliwości, że zdobyła ogromną popularność. Piękna złota jesień pomału się kończy, więc na pocieszenie odgrzebałam zdjęcia z wiosennej wycieczki z Momohime. Zapraszam na spacer po Ogrodzie Japońskim we Wrocławiu! Pierwotnie jechałam tam z myślą o sesji samurajskiej księżniczki, jednak teraz, kiedy przeglądam kolejny raz te zdjęcia, to piękny ogród japoński zdaje się na nich wysuwać na pierwszy plan. Może zdradzam teraz swoje figurkowe przekonania, ale bardziej podoba mi się właśnie magiczny klimat tego ogrodu :) Mam nadzieję, że fotki chociaż po części go oddają i może zachęcą kogoś do zaplanowania osobistej wycieczki do tego małego skrawka Japonii? To moje pierwsze zdjęcia z figurką w terenie, więc niestety cała masa mi nie wyszła, a z niektórymi musiałam się spieszyć, żeby nie tarasować ścieżek :)) Ale zabawę miałam pierwszorzędną i chętnie ją powtórzę przy sprzyjających okolicznościach. Zdjęcia w Ogrodzie Japońskim we Wrocławiu zrobione w dniu 23.04.2011 r. |
![]() |























![]() |
Zgodnie z zapowiedzią zapraszam na króciutką notkę o petit nendoroidzie, na którego punkcie dostałam białej gorączki. Mowa o przesłodkiej, moim nieobiektywnym zdaniem, przeuroczej wersji Mikuru Asahiny z popularnego anime Suzumiya Haruhi no Yuuutsu. Zainteresowałam się nią około rok temu. Zakochałam się od razu i zapragnęłam ją mieć. Najlepiej natychmiast! Niestety z tym nie było już łatwo, gdyż figureczka jest wersją secret z zestawu petit nendoroidów, który swoją premierę miał w kwietniu 2008 roku. Oczywiście w żadnym sklepie zestaw nie był już dostępny, a i na ebay’u nie mogłam na tą konkretną figurkę trafić. Ale! Postanowiłam nie odpuszczać (TIGRA, dziękuję za pomoc :) Raz na tydzień, czasem codziennie, wpisywałam jej nazwę w ebay’owej wyszukiwarce i po około pół roku (!) w końcu udało mi się na nią trafić. Szybciutko sprawdziłam wiarygodność kupującego i drżącymi rękoma wyklinałam zamówienie. Cena 45zł + wysyłka wydała mi się niczym w porównaniu do czekania i zachodu jaki zafundowałam sobie polując na tą żabią drobinkę :) Przy okazji był to mój pierwszy zakup z tego serwisu, więc obawa o pozytywne zakończenie transakcji i związany z tym dreszczyk emocji oczywiście trzymały mnie do samego końca. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie, a sama przesyłka, oznaczona jako gift, dotarła do mnie SALem dokładnie w 6 dni od wysłania z Japonii! Myślę, że mogę w tym miejscu polecić Wam sprzedawcę shufflechap – ja jestem zadowolona :) Tradycyjnie figurka była rozłożona na kilka części, a każdą z nich umieszczono w osobnych przegródkach folii zabezpieczającej. Do tego kartonowe opakowanie z wizerunkami innych figurek z serii. Ze złożeniem żabki nie miałam problemów. Gorzej było z umieszczeniem jej na przeźroczystej podstawce… ale z tym to przy każdym peticie się męczę, więc dla mnie przeszło to już w standard ;) Wyszukałam parę odprysków farby, ale generalnie jestem zadowolona z malowania i jakości, która nie odbiega od innych figurek Good Smile Company. Pozwólcie, że opisywanie wrażeń wizualnych ograniczę do minimum, bo nie ma sensu nadmierne, a przede wszystkim nieobiektywne zachwycanie się walorami tej figurki. Jest śliczna, urocza, niewinna, w śmiesznym kostiumie i uwielbiam na nią patrzeć! Po prostu musiałam ją mieć! Ale co ja Wam będę mówić… sami doskonale znacie to uczucie, prawda? |
|